O autorze
Kochająca matka i wyrozumiała żona... Do głowy by jej nie przyszło, że posiadanie dwóch córek doprowadzi ją do stanu, w którym tylko ekshibicjonizm pozwoli jej utrzymać równowagę psychiczną...
Jedną nogą wkracza w 30-ty rok życia, a drugą z bólem stąpa po rozsypanych po całym domu klockach. Jedną ręką jest z powrotem w pracy, a drugą wciąż tkwi w pampersach, smoczkach i nocnych pobudkach na butlę mleka...lub na samo przytulenie...lub z bliżej nieokreślonego powodu. Jednym okiem pilnuje, by napisany przeze nią tekst był spójny, a drugim odsypia nocne spacery do pokoju córek.
Tu psioczy na dzieci, na męża, na bałagan w domu i chroniczny nadmiar kilogramów. Tu obowiązuje dystans i stałe przymrużanie oka. Tu wszyscy mają się dobrze bawić. I Wy i ona.

Poszłam raz na dziki

www.co-ja-plote.blogspot.com
Dawno temu... - I zapamiętaj synu wszystkie wskazówki, które tobie dziś dam - powiedział ojciec do chłopaka siedzącego obok na ambonie - W końcu za kilka lat sam będziesz chodził na polowania. - Dobrze tato. Zapamiętam - odpowiedział nastolatek. Noc była ciepła, a księżyc w pełni rozświetlał tętniący życiem las. Siedzieli w milczeniu i wypatrywali sygnałów wskazujących na przebywanie dzików w gęstych zaroślach. Dzień wcześniej wysypali kukurydzę na nęcisko, więc prędzej czy później zwierzyna powinna się pojawić. - Słyszysz ten dźwięk synu? - Yyy...Jaki? - Takie rytmiczne buczenie. Coś jakby deer...deer...albo dzyyyr...dzyyyr - A tak, słyszę. To jest... - To jest właśnie synu derkacz. Niełatwo go spotkać, więc wsłuchaj się w ten odgłos. Słyszysz? - To nie derkacz tato - syn sięgnął ręką do kieszeni i wydobył z niej wibrujący telefon - Mama dzwoni...

Czasy obecne...

Dzieci spały pod czujnym okiem babci, a ja wkładałam na siebie trzecią warstwę ubrań w kolorze zgniłej zieleni i świeżej ku... i ciemnego brązu. Gdy ilość ubrań krępujących mi ruchy spowodowała, że wyglądałam jak członek plemienia Inuitów, był to sygnał, że jestem gotowa do wyjścia na polowanie. Wprawdzie nie jako myśliwy, ale jego towarzysz i nie z własnej inicjatywy, ale za namową i myśliwego, i jego rodziców.
- Jest tak ciemno, wszystkie miłe zwierzątka śpią, - powiedziałam zapinając pas bezpieczeństwa w samochodzie - więc same drapieżniki tylko będą aktywne.
- Drapieżniki? - zapytał M chowając dubeltówkę do bagażnika.
- No tak. Wilki, dziki, wilki, nietoperze, wilki, sowy... WILKI. Mogą nas zaatakować przecież!
- Spokojnie, przecież będziemy razem, a poza tym usłyszą nas z daleka więc uciekną nim zdążysz je...te wilki...zauważyć.
Uspokojona zapewnieniami M o moim bezpieczeństwie, oparłam głowę o zagłówek i wlepiłam wzrok w mrok panujący za szybą. Kilka minut później jechaliśmy leśną drogą, a ja czułam coraz bardziej zaciskający się żołądek. Lada moment będę uczestniczyć w polowaniu i obserwować rzeczy, których nigdy nie miałam okazji widzieć...i nie do końca chciałam. Ale mięso na naszych talerzach skądś się bierze. Nie rośnie w ogródku, nie pojawia się nagle w zamrażalniku. Wszyscy wiemy skąd pochodzi i tego procesu miałam być właśnie świadkiem.



- Teraz będziemy musieli kawałek przejść. - M zgasił silnik i wyszedł z samochodu.
- Masz na myśli pieszo? - zapytałam trzymając się kurczowo pasów bezpieczeństwa.
- No pieszo.
- A nie możemy podjechać samochodem bezpośrednio pod ambonę?
-... - milczenie i spojrzenie mojego M wyraźnie dały mi do zrozumienia, że nie możemy.
Nieśmiało opuściłam bezpieczny samochód, najciszej jak umiałam zamknęłam drzwi i ruszyłam trzymając się kurczowo uzbrojonego M. Kiedy wkroczyliśmy w głąb lasu, a roślinność stała się tak bujna, że nie widać było żadnej ścieżki pomiędzy, ciemność, obejrzane horrory oraz bujna wyobraźnia, dały efekt w postaci paraliżującego strachu i niemal pewności, że zostanę brutalnie rozszarpana przez wygłodniałą i czającą się w zaroślach bestię.
- Co to było?! - zapiszczałam ściskając rękaw kurtki M
- Ale co?
- Taki szelest. I jakby warczenie.
Rozglądałam się wokół, ale nawet przyzwyczajony do ciemności wzrok nie potrafił dostrzec niczego w tej gęstwinie.
- To pewnie niedźwiedź. Już po nas. Bez względu na to co się stanie, pamiętaj, że cię kocham. - powiedział M z ironicznym uśmiechem - Nie panikuj. Jesteśmy już blisko.
Pojęcie "blisko" rozumiem jako "niedaleko, w zasięgu wzroku" czyli zupełnie inaczej niż M, dla którego "blisko" oznacza "za jakiś kilometr". Kilometr wędrówki...eee tam wędrówki...kilometr błąkania się po lesie (w moim kobiecym odczuciu). Po kilkudziesięciu moich "Co to było?!" i "Zaraz nas coś zeżre!" dotarliśmy do celu.
- Teraz musimy wejść na górę. - oznajmił.
Uniosłam głowę i spojrzałam na drewnianą konstrukcję, która kończyła się gdzieś na wysokości koron drzew.
- Chcesz to idź. - powiedziałam siadając na mokrym mchu - Ja tu zostaję. Nie zamierzam połamać sobie karku spadając z tej drabiny.
- Zamierzasz zostać tu na dole? Sama? SAMA? Skoro tak wolisz...- zaczął wspinać się po stopniach zostawiając mnie na dole.
Dwie sekundy później z sercem na ramieniu trzymałam się kurczowo drabiny i zdobywałam jej szczeble trzęsącymi się nogami. Jakby strach przed dzikimi bestiami grasującymi nocą w lesie był niewystarczający, lęk wysokości całkowicie uzupełnił ewentualny brak adrenaliny.
- Jestem już wysoko? - wydyszałam do M moszczącego się wygodnie w ambonie - Wyraźnie czuję rzadsze powietrze i spadek temperatury. Chyba nawet zaczyna mnie boleć głowa...
- Jesteś gdzieś w połowie - M wyłonił się przez otwór w podłodze i wyciągnął do mnie dłoń. -Pomogę ci.
Z trudem opanowałam zawroty głowy i uspokoiłam płytki, charakteryzujący panikę oddech, wgramoliłam się do środka ambony i zgięta w pół z powodu niemożności wyprostowania się w niskim pomieszczeniu, obiecywałam sobie nigdy więcej nie opuszczać gruntu pod stopami.
- Teraz usiądź - wskazał dłonią okrytą kocem deskę - i musimy być bardzo cicho.
Pierwsze pół godziny w wybałuszonymi oczami i na wypuszczonym powietrzu niczym snajper, wyczekiwałam przybycia dzików. Kolejne pół godziny wypatrywania, a świni z kłami ani widu. I nagle poczułam na twarzy powiew zimnego wiatru, drzewo przed nami zakołysało się, liście zaszumiały, a na gałęzi pojawiły się dwa wielkie, białe ślepia wpatrzone prosto we mnie. "To jakiś leśny duch. Na pewno próbuje nas przed czymś ostrzec" pomyślałam. I wtem dobiegł mnie przerażający dźwięk. Ciche pomrukiwanie, które z minuty na minutę robiło się coraz głośniejsze, coraz głośniejsze, coraz głośniejsze...
- Czupakabra... - wyszeptałam.
Ciarki na plecach, włosy zjeżone na karku, wszystko to działo się pod trzema warstwami ubrań, które miałam na sobie. Bezruch w jakim zastygł M tylko utwierdził mnie w tym, że czas już robić znak krzyża.
- Czupakabra, słyszysz? - powiedziałam głośniej obracając się w stronę M.
Widząc jego odchyloną do tyłu głowę i rozdziawione usta zrozumiałam, że to nie żaden potwór warczy w zaroślach, tylko M zrobił sobie krótką drzemkę przyprawiając mnie tym niemal o zawał.
- Chrrrr...Chrrr...Co? Dzik? Gdzie? - energicznie podskoczył wyrwany ze snu.
- Patrz. Tu!- uniosłam rękę i palcem wskazałam świecące oczy skierowane w naszym kierunku. - To ostrzeżenie. Nie chcą nas tu.
- To tylko sowa - M poprawił dubeltówkę i powrócił do wypatrywania dzików.
Kilkanaście minut później gdzieś za nami, powolnym krokiem szło jakieś wielkie zwierzę. Gałęzie pękały pod jego ciężarem, drzewa przechylały się od ocierania, a echem po lesie niosło się jego stękanie.
- To jeleń. Byk konkretnie. - uspokoił mnie M - Słyszysz jak porożem trze o korę drzew? Jest dokładnie po nami.
Wychyliłam się przez okno, by z bliska spojrzeć na tego samca.
- A jak zacznie tymi rogami trzeć o ambonę i ją przewróci? Przecież ona ma jakieś 100 metrów wysokości. Pozabijamy się! - wykrzyczałam w panice.
Nim M zdążył odpowiedzieć, spłoszony moim głosem jeleń zacząć uciekać, łamiąc przy tym kolejne gałęzie i ostrzegając połowę lasu o naszej obecności. Idąc jego śladem , znudzona naszym widokiem sowa, również odfrunęła głośno pohukując.
Pół godziny później, walcząc ze zdrętwieniem opanowującym moje podkurczone nogi, wpatrywałam się w gwiazdy i szukałam innych gwiazdozbiorów, poza znanymi mi małym i wielkim wozem.
- Tu jest gwiazdozbiór...yyy... trójkąta - wskazałam M trzy gwiazdy po naszej prawej stronie. - A tu - pokazałam tym razem po lewej - jest gwiazdozbiór trapezu.
- Tak... A tam - M wskazał na wprost nas - jest gwiazdozbiór dzbanka. Cicho! Coś strzeliło. Gałązka. Jakieś zwierzę chodzi pod nami - M wytężył wszystkie swoje zmysły i chwycił dubeltówkę.
- To mi strzeliło w kolanie. Zdrętwiałam nieco siedząc w tym bezruchu.
- Nie, to na pewno musi być jakieś zwierzę. Czuję jego zapach. - wciągnął nozdrzami powietrze - Dziwny, trochę...brzydki...to nie dzik...nie jeleń...Nie wiem jakie zwierzę tak intensywnie...śmierdzi, ale zaraz się dowiem. - przyłożył głowę do lunety i zaczął obserwować okolicę. - Dziwne, bo wiatr wieje z prawej, a zapach dobiega z lewej...jakby z twojej stro...
- To nie zwierzę. - powiedziałam rumieniąc się na policzkach. - Wybacz...
- No ładnie. Teraz już cały las wie o naszej obecności.
- Oj tam, już zaraz cały las. Tylko my, jeleń i sowa.
- I komar, który właśnie zdechł... Idziemy do domu. Następnym razem na polowanie pojadę sam.

W drodze powrotnej analizowaliśmy przyczynę niepojawienia się dzików na nęcisku, pomimo wysypania na niego dzień wcześniej kukurydzy. Moją wpadkę z "nieprzyjemnym zapachem jakiegoś zwierzęcia" z oczywistych przyczyn wykluczyłam. Niemądre byłoby jednak przyznanie się przeze mnie, że przed wyjściem psiknęłam się odrobiną perfum. W końcu kobieta nawet w lesie, odziana warstwami męskich ubrań, chce się czuć piękna i świeża...
Trwa ładowanie komentarzy...