O autorze
Kochająca matka i wyrozumiała żona... Do głowy by jej nie przyszło, że posiadanie dwóch córek doprowadzi ją do stanu, w którym tylko ekshibicjonizm pozwoli jej utrzymać równowagę psychiczną...
Jedną nogą wkracza w 30-ty rok życia, a drugą z bólem stąpa po rozsypanych po całym domu klockach. Jedną ręką jest z powrotem w pracy, a drugą wciąż tkwi w pampersach, smoczkach i nocnych pobudkach na butlę mleka...lub na samo przytulenie...lub z bliżej nieokreślonego powodu. Jednym okiem pilnuje, by napisany przeze nią tekst był spójny, a drugim odsypia nocne spacery do pokoju córek.
Tu psioczy na dzieci, na męża, na bałagan w domu i chroniczny nadmiar kilogramów. Tu obowiązuje dystans i stałe przymrużanie oka. Tu wszyscy mają się dobrze bawić. I Wy i ona.

Skończę jak Hanka Mostowiak

Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy: skończę jak Hanka Mostowiak www.co-ja-plote.blogspot.com
Będę szczupła, jędrna i wiecznie młoda. Gęstym, mocnym, lśniącym włosiem i gładką cerą, będę olśniewać przechodniów, paradując dumnie z córkami pachnącymi mydlanymi perłami. Bogatsza w wiedzę na temat okiełznania charakternych dzieci, wychowam je najlepiej jak potrafię, a przy tym zawsze będzie mi ciepło, w stopy szczególnie. Wszystko to dzięki Wam! Cofnijmy się jednak nieco w czasie...

Kolejny dzień świstaka powitał mnie upałem i słońcem, które o piątej rano rozpoczęło wypalanie moich źrenic. Schowałam głowę pod poduszkę, wyjęłam stopery z uszu, gdyż nawet one pociły się od rosnącej temperatury i próbowałam wykorzystać przysługującą mi jeszcze godzinę snu. Wykorzystałam ją w pełni...przekręcając się z boku na bok i usypiając pięć minut przed pobudką dzieci. Pełna energii i zapału do pracy...tia, jasne. Ospale zwlokłam się z łóżka i zabrałam się do tego, co tygryski lubią najbardziej, czyli do brykania. Po kuchni rzecz jasna. Śniadanie, kanapki do szkoły, pożegnalny buziak z życzeniami miłego dnia w placówce edukacyjnej, ogarnięcie Małej J, której pełny pampers szorował o podłogę, pranie, sprzątanie, częściowe szykowanie obiadu przed drzemką córki...



Albo cofnijmy się w czasie jeszcze bardziej...

Portal MamaDu zorganizował konkurs dla blogujących rodziców, którzy mogli zgłosić do niego jeden ze swoich wpisów. Uczyniłam to i ja. Bardzo niedyskretnie i nachalnie prosiłam wówczas o Wasze głosy, i to dzięki nim właśnie znalazłam się w wyłonionej dziesiątce. Poza możliwością prowadzenia bloga na tymże portalu, sponsor konkursu ufundował laureatom nagrody, w postaci pudełek niespodzianek z różnymi akcesoriami dla dziecka i mamy. W przeciągu dwóch tygodni od daty wyłonienia zwycięzców, nagrody miały zostać im wysłane. I tak minął miesiąc, a kolejny dzień świstaka powitał mnie upałem i słońcem, które o piątej rano rozpoczęło wypalanie moich źrenic. Schowałam głowę pod poduszkę... resztę już znacie. Przygotowałam więc obiad, położyłam Małą J spać, wykorzystując wolną godzinę ogarnęłam maila służbowego, zrealizowałam zamówienia, a ponieważ córka nadal spała w najlepsze, postanowiłam pójść jej śladem i przymknąć oko. Przymknęłam...na pięć minut, kiedy to wołanie Małej J po raz drugi tego dnia postawiło mnie brutalnie na nogi.

Właśnie byłam w trakcie próby domycia wyginającej się córki z resztek nieprzyjemnej zawartości pieluchy, gdy zadzwonił domofon. Postawiona przed trudnym dylematem: dokończyć mycie i nie otwierać, czy przerwać i otwierać, dokonałam wyboru. Babrząc sobie bluzkę, wzięłam na ręce Małą J i otworzyłam drzwi, w których powitały mnie kartony. Mówiące na dodatek.

- Pani Arleta? - zapytały kartony lekko się chwiejąc.
- We własnej osobie - próbowałam zlokalizować jakieś miejsce, które będzie tekturowym odpowiednikiem twarzy, ponieważ jednak nie znalazłam żadnych dziurek czy choćby namalowanych markerem oczu, przemówiłam do pudła będącego najwyżej.
- Może pani podpisać? - z górnego kartonu wysunęła się kartka, a za nią długopis.
Nie znasz dnia ani godziny kiedy spotka cię sława tak wielka, że nawet kartony będą prosić o twój autograf. Uśmiechnąwszy się najpiękniej jak potrafię i podpisawszy się zamaszyście domalowując obok uśmiechniętą buźkę, odłożyłam kartkę na tekturową głowę przybysza, który położył się na podłodze, uwalniając przyklejonego do jego pleców człowieka. Kuriera jak się okazało, który w pośpiechu zabrał mój niedbale maźnięty na pół kartki autograf i poszedł szepcząc pod nosem "Wariatka".

Dokończywszy mycie Małej J, podeszłam do trzech kartonów stojących na korytarzu i zaczęłam je po kolei otwierać. W ich wnętrzu ukazały się...kolejne kartony.

Mając przed sobą już nie trzy pudła, a sześć, ku uciesze Małej J, która radośnie po nich skakała, nie bacząc na niebezpieczeństwo związane z obecnością kartonów w moim domu, zaczęłam dalej rozpakowywać te tekturowe ruskie baby. Wyjąwszy z kartonów kartony, skrawki kartonów i kolorowy papier, z radością rozpoznałam w zawartości pudeł moją nagrodę zdobytą w konkursie, a w zasadzie moje na-gro-DY.
A cóż to było?

Próbki wszelakich kremów o wszelakich właściwościach i do wszelakich typów skóry. Zobaczymy za jakiś czas, czy zrobią mi takie cuda na twarzy, że sama się na zdjęciu nie poznam.

Perły piorące. Kiedy rano szpetnie sobie przeklęłam zorientowawszy się, że w pudełku nie ma proszku do prania, a pralka od dwóch dni rzyga na podłogę brudnymi ubraniami, taka niespodzianka okazała się być zbawienną. Dla mej pralki rzecz jasna. Skąd wiedzieli, że akurat skończył mi się proszek?

Słoiki dla dzieci. W sensie, że obiadki... i deserki...a nie puste słoiki. Z racji tego, że Mała J ich nie lubi, sama zjadłam deserek. Plastikową łyżeczką na dodatek. I wypiłam owocowy mus. Jak to człowiek na starość dziecinnieje...

Pluszowy miś, emolienty do kąpieli i w postaci balsamów oraz oliwka dla dzieci, czyli coś co zawsze jest mile widziane. No poza misiem może, bo ten leży na pufie i czeka, aż się ktoś nim wreszcie pobawi. A że dzieci wyrosły już z zabawek przyczepianych do wózka czy łóżeczka - wygląda na to, że padło na mnie. Starość i zdziecinnienie zobowiązują...

Gazety i książka "Dziecko z charakterem". Wieści o temperamencie Małej J dotarły nawet do nich... Chętnie zagłębię się lekturę, ale póki co, moje dziecko z charakterem nie bardzo mi na to pozwala. Może przeczuwa związane z tym zmiany wychowawcze...

Ocieplane skarpety (dwie pary). Czad! Trwają właśnie wakacje i sezon urlopowy. Podczas wyjazdu nad nasze cudowne, polskie morze, przydadzą się jak ulał. Zapomnieli tylko o pelerynach przeciwdeszczowych i kocach termicznych...

Ujędrniający balsam. Do stosowania na brzuch, uda i pośladki. Eee tam, kto by się stosował do zaleceń producenta. Ja wcieram go sobie w całe ciało. We włosy również, bo nawet i one już mi oklapły...

A propos włosów: szampon i odżywka do włosów cienkich, słabych i wypadających. I z tego prezentu ucieszyłam się najbardziej. Razem z "wypadnięciem" Małej J z mojego brzucha, włosy również zaczęły mi wypadać i niestety nie przestają do dziś. A ponieważ niebezpiecznie zbliżam się do osiągnięcia wizerunku Piotra Gąsowskiego, chętnie sięgam po wszelkie tego typu specyfiki. Teraz tylko czekam na efekt "włosy a'la Wioletta Villas"

Zatem cóż mogę rzec... DZIĘKI za Wasze głosy!
Trwa ładowanie komentarzy...