O autorze
Kochająca matka i wyrozumiała żona... Do głowy by jej nie przyszło, że posiadanie dwóch córek doprowadzi ją do stanu, w którym tylko ekshibicjonizm pozwoli jej utrzymać równowagę psychiczną...
Jedną nogą wkracza w 30-ty rok życia, a drugą z bólem stąpa po rozsypanych po całym domu klockach. Jedną ręką jest z powrotem w pracy, a drugą wciąż tkwi w pampersach, smoczkach i nocnych pobudkach na butlę mleka...lub na samo przytulenie...lub z bliżej nieokreślonego powodu. Jednym okiem pilnuje, by napisany przeze nią tekst był spójny, a drugim odsypia nocne spacery do pokoju córek.
Tu psioczy na dzieci, na męża, na bałagan w domu i chroniczny nadmiar kilogramów. Tu obowiązuje dystans i stałe przymrużanie oka. Tu wszyscy mają się dobrze bawić. I Wy i ona.

Bunt dwulatka. Egzorcysta potrzebny od zaraz!

www.co-ja-plote.blogspot.com
Kiedyś sądziłam, że bunt dwulatka w wykonaniu mojej starszej córki, polegający na położeniu się na podłodze i tupnięciu nóżką, z pewnym niezadowoleniem mówiącej "nie nie nie", jest właśnie tym buntem, o którym można wszędzie przeczytać. Jak to życie wszystko weryfikuje...

Dziś siedząc na kanapie, kipiąc energią worka z kartoflami i gapiąc się w telewizor na lecące wciąż bajki, choć dzieci dawno już w łóżkach, wspominam ostatnie 40 minut mojego życia. 40 (napiszę słownie, żeby właściwie oddać ich długość: C Z T E R D Z I E Ś C I) niezwykle długich minut, podczas których Mała J wpadła w histerię z niewiadomego dla mnie powodu, dla niej chyba również nie, wijąc się na podłodze, wydając z siebie przedziwne dźwięki i wykrzykując...wydzierając się w pięciu językach (mogę przysiąc, że aramejski był wśród nich).
Chcąc znaleźć sposób żeby uspokoić córkę, wyciągnęłam książkę "Zmęczonym rodzicom". Nie, nie jest to zbiór najkrótszych bajek świata. To poradnik o wychowaniu dzieci. Poczytałam o przeczekaniu, o konsekwencji, o pokazaniu dziecku granic i nieuleganiu, o tym, żeby powrócić do rozmowy gdy się uspokoi itd. Kiedy jednak zobaczyłam, jak Mała J chodzi po suficie, z ust leje jej się ciurkiem ślina, a z nosa...wiadomo co, rzuciłam poradnik tam skąd go wzięłam, czyli w kąt i zaczęłam poważnie rozważać możliwość wezwania egzorcysty.
Kiedy jakimś cudem udało mi się opanować sytuację i dzieci położyły się spać...To znaczy Mała J, jakby całkiem zapomniała o tym co przed chwilą wyprawiała, z uśmiechem na ustach tuliła pluszaki, a Duża J nie spuszczając przerażonego wzroku z siostry, zatopiła głowę w poduszce zaciskając w dłoni medalion z wizerunkiem Maryi, rzuciłam na pożegnanie w kierunku starszej córki "Bądź dzielna", wyszłam z ich pokoju mianowanym przeze mnie Mordorem i szpetnie przeklęłam, spuszczając tym z siebie nagromadzone przez 40 minut ciśnienie.



Siedziałam na tej kanapie, z buzią całą ochlapaną melisą, którą próbowałam drżącymi rękami czym prędzej wlać sobie do gardła i wgapiałam się w kolorowe postacie na telewizorze, próbując opanować palpitacje serca, powstałe na myśl o jutrzejszym wieczorze, który zapewne będzie wyglądał równie uroczo jak dzisiejszy (tak, te przedsenne histerie to ostatnio codzienność). Dopiero po godzinie zorientowałam się, że już od dłuższego czasu nie widziałam M. Zajrzałam pod stół, pod łóżko w sypialni i do szafy, czyli wszędzie tam, gdzie mógł schować się przygnieciony temperamentem własnej córki. Nie było go nigdzie. Jak się później okazało - wyszedł. No tak zwyczajnie. Założył buty i wyszedł. Nie dał rady.

Że też ja nie wpadłam na to, że tak można...
Trwa ładowanie komentarzy...