O autorze
Kochająca matka i wyrozumiała żona... Do głowy by jej nie przyszło, że posiadanie dwóch córek doprowadzi ją do stanu, w którym tylko ekshibicjonizm pozwoli jej utrzymać równowagę psychiczną...
Jedną nogą wkracza w 30-ty rok życia, a drugą z bólem stąpa po rozsypanych po całym domu klockach. Jedną ręką jest z powrotem w pracy, a drugą wciąż tkwi w pampersach, smoczkach i nocnych pobudkach na butlę mleka...lub na samo przytulenie...lub z bliżej nieokreślonego powodu. Jednym okiem pilnuje, by napisany przeze nią tekst był spójny, a drugim odsypia nocne spacery do pokoju córek.
Tu psioczy na dzieci, na męża, na bałagan w domu i chroniczny nadmiar kilogramów. Tu obowiązuje dystans i stałe przymrużanie oka. Tu wszyscy mają się dobrze bawić. I Wy i ona.

Zawsze z tobą mamo!

www.co-ja-plote.blogspot.com
W ubiegły weekend Duża J miała swój pierwszy w życiu wyjazd na dwudniowy mini obóz harcerski. Kilkanaście kilometrów wędrówki z pieśnią na ustach, nocleg na karimatach w niewielkim ośrodku i własnoręcznie przygotowywane posiłki (czyt. kanapki). Brzmi fajnie - dla dziecka. Dla matki wiąże się to z wyobrażeniem potwornego mrozu w nocy, płaczem z tęsknoty biednych, małych dzieci i zapaleniem płuc wywołanym spaniem na podłodze. Podczas gdy ona cieszyła się z powodu wycieczki, ja starałam się odpędzić koszmarne wizje, które serwowała mi moja wyobraźnia. Oczywiście już w dniu jej wyjazdu żałowałam, że zgodziłam się na to...

- Nie oddalaj się od grupy. Tylko pamiętaj! - instruowałam córkę, która stała już przy drzwiach z założonym plecakiem - Nawet jak zobaczysz jakiś piękny kolorowy kamyczek, króliczka za którym będziesz chciała pobiec do lasu, jednorożca, cokolwiek, pod żadnym pozorem nie odłączaj się od grupy!

-Doooobrzeee maaamooooo - zademonstrowała swoje znudzenie wywracając oczy w stronę nieba.

- I zrób siku zanim wyruszycie, dobrze?

- Doooobrzeee maaaamoooo - znów w akcie znudzenia spojrzała się w górę.

- Co ty tam widzisz takiego ciekawego?- zapytałam przyglądając się sufitowi. Poza niewielką szarą smugą nad kaloryferem (dlaczego ktoś zamontował grzejnik pod samym sufitem - nie mam bladego pojęcia), nie dostrzegłam niczego nadzwyczajnego.

- Mamo, po prostu chcę już iść!

- Dobrze, ale pamiętaj, wysiusiaj się przed wyjściem. A nawet jak ci się zachce siku w lesie to...? To co?

-To mam nie oddalać się od grupy.

- Dokładnie. Zuch dziewczynka! - poklepałam ją po ramieniu

- Mamo, nie stanę i nie wysikam się przy wszystkich!

- Okej - rzeczywiście nie jest to najlepszy pomysł - to zejdziesz troszkę na bok, kucniesz za jakimś drzewkiem czy niewielkim krzaczkiem, ale nie daleko tylko blisko, i zrobisz to, co masz do zrobienia - tadam!

Wyobraźnia zaczęła wizualizować mi jakiegoś zboczeńca, który pod pozorem zbierania grzybów, czeka ukryty w krzakach w lesie, aż ktoś wpadnie w jego "sidła". Już chciałam powiedzieć jej, że nigdzie nie idzie, ale powstrzymałam się.

- Mamo, skorzystam przed wyjściem i tyle, dobrze?

Pojechała, a ja zostałam z Małą J, która nie pozwoliła, aby w oku na dobre zakręciła mi się łza. I dobrze. Plus posiadania dwójki dzieci ( poza ulgą podatkową ) jest taki, że gdy jedno wyjeżdża, zostaje w domu te drugie i nie odczuwasz aż tak tęsknoty... w ciągu dnia... bo wieczorem nabiera ona na sile. Siedziałam więc na kanapie i próbując skupić się na oglądaniu TV, walczyłam z obawami, które coraz bardziej wypełniały mi głowę. Dwa kubki melisy niestety niewiele zdziałały.

Następnego dnia Duża J wróciła szczęśliwa i dumna z siebie. Wreszcie wszystko było tak, jak być powinno. Dzieci w komplecie, bałagan, krzyk, płacz. Po kilku godzinach tej rodzinnej sielanki, dzwoniłam do drużynowej z pytaniem, czy nie organizują na dniach może znowu jakiejś wycieczki...


Późnym popołudniem postanowiłam zaserwować sobie pół godziny odprężenia w kąpieli z mnóstwem piany, soli morskiej i pachnących olejków. Tego właśnie było mi trzeba. Oczywiście, jak to ja, nie zamknęłam się na zamek, bo wiedziałam, że w takich momentach zawsze Dużej J zachciewa się siku...albo coś innego...zwłaszcza, że już od jakiegoś czasu prykała sobie mając z tego niezły ubaw...

Jak zwykle przeczucie mnie nie myliło. Nie zdążyłam dobrze się zamoczyć, gdy do łazienki wpadła Duża J, chwilę postała patrząc się na mnie, po czym usiadła na sedesie.

- A czemu się zakrywasz? - zapytała wskazując moje skrzyżowane na klatce piersiowej ręce.

- Bo się wstydzę - odpowiedziałam zgodnie z prawdą

- A jak ja się kąpię, to się was nie wstydzę.

- No tak, ale ty jeszcze nie masz piersi, a ja, choć skromne, to jednak mam.

- Ja też takie mam! - podniosła koszulkę by zademonstrować mi swój biust sześciolatki - widzisz?

Super... Czy właśnie córka zakomunikowała mi, że mój biust jest taki sam, jak jej, czyli że go właściwie...nie mam? Miałam ochotę nabrać powietrza w płuca i zanurkować w wannie, i mogłabym to z powodzeniem zrobić, gdybym była... na przykład karłem. Ale nim nie jestem, o czym zapomnieliśmy z M kupując ją, bo 120 cm to trochę jednak mało. Aby zamaskować swoje zażenowanie, szybko zmieniłam temat tej prowadzącej do niczego rozmowy.

- Już skorzystałaś? To idź się baw - powiedziałam wcale nie obrażona do córki.
- Nom...A mamo? Sikasz do wanny?

No tak, nie mam biustu i pewnie jeszcze sikam sobie do wody podczas kąpieli...

- Nie dziecko. Nie robię tego. Jak muszę, to po prostu wychodzę z wanny - odpowiadam czując, że ten relaks skończy się, nim zdąży się w ogóle zacząć.

- A czemu?- drąży temat

- Bo to niehigieniczne.

- A ja sikam do wody jak się kąpię - oznajmia dumna z siebie - i Sandra z przedszkola też! - już pęka z dumy.

- Ale tak się nie robi. Kąpiesz się po to, żeby być czysta, tak? A jak nasiusiasz do wody, to potem jakbyś się myła własnym moczem. Tak się nie robi.

- Czemu?

- No właśnie temu. Sedes masz obok. Jak ci się chce siku, to po prostu wyjdź z wanny i skorzystaj jak człowiek - tłumaczę Dużej J czując, że dla niej jest to kompletnie niezrozumiałe.

- Ale jak wychodzę z wanny, korzystam, a potem do niej wchodzę, to znów chce mi się siusiu.
Pół godziny... Tylko o tyle prosiłam mojego M. Już przyzwyczaiłam się, że podczas korzystania z toalety Mała J bacznie mi się przygląda i próbuje zajrzeć między nogi . Opanowałam nawet umiejętność (przepraszam, że tak dosadnie) podcierania tyłka tak, by nie próbowała mi pomóc, ale ludzie! Raz na jakiś czas chciałabym się wykąpać bez dziwacznej akrobatyki w wannie! Kiedy ja uciekam od stałego monitoringu przez własne dzieci, życie przenosi się do łazienki w której akurat jestem i staje się ona na czas mojej kąpieli centralnym punktem w domu. Salą zabaw, której drzwi stoją otworem.

Duża J nie daje za wygraną i porusza takie tematy, o których akurat w tym konkretnym momencie nie mam ochoty rozmawiać.

- No to skoro wchodząc do wanny ponownie czujesz, że chce ci się siusiu - kontynuuję - to wyjdź i skorzystaj jeszcze raz. A jak nie chcesz wychodzić, to wytrzymaj do końca kąpieli, przecież nie trwa ona aż tak długo.

- Mamo - z pełną powagą i przekonaniem o słuszności swojego postępowania - to moje życie i pozwól, że będę robić to, co chcę.

Poddałam się. Chce - niech się naciera własnym moczem... Gdy ręce już mi zdrętwiały od zakrywania sobie biustu, którego przecież nie mam- zsunęłam się niżej i zarzuciłam nogi na ścianę.

W tym czasie do łazienki zdążyła też przyjść Mała J. Zalana od szyi po pas.
- Czemu ona jest taka mokra? - krzyknęłam do M, który walczył SAM (szczęściarz) ogarniając kuchnię.

- Bo się oblała! - wyjaśnił sensownie.

No tak, źle sformułowałam pytanie. Ponowiłam więc modyfikując je:
- Czemu ona chodzi cała mokra i nie jest przebrana?

- Bo się oblała wodą i zaraz to zrobię.

Po minucie Mała J wróciła już sucha, wyjęła sobie z buzi smoczka i zaczęła moczyć go w mojej wodzie, a później ochlapywać się i wcierać sobie pianę we włosy, dzięki czemu całe jej ubieranie właściwie nie miało najmniejszego sensu. Ten mój M jednak wiedział co robi, nie chcąc jej przebierać.

On wrócił do swoich obowiązków, a ja relaksowałam się w zimnej wodzie. Z kuchni dobiegał hałas garnków i aluminiowych misek, które wypadały z szafki gdy M próbował je upchnąć nogą, a w wannie towarzyszyły mi trzy lalki syrenki, konewka, kubek, gumowy piesek i pistolet na wodę. Bo przecież nudno jest tak kąpać się bez zabawek, o czym poinformowała mnie córka. Duża J taplała się w gaciach w wychlapanej na podłogę wodzie, a Mała J myła mi plecy pumeksem... Odprężyłam się tak bardzo, że takiego relaksu starczy mi na długi, długi czas.Wydaje mi się, że używany w reklamach slogan "BoboVita- zawsze z Tobą mamo", został zbyt dosłownie potraktowany przez moje dzieci...
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...