O autorze
Kochająca matka i wyrozumiała żona... Do głowy by jej nie przyszło, że posiadanie dwóch córek doprowadzi ją do stanu, w którym tylko ekshibicjonizm pozwoli jej utrzymać równowagę psychiczną...
Jedną nogą wkracza w 30-ty rok życia, a drugą z bólem stąpa po rozsypanych po całym domu klockach. Jedną ręką jest z powrotem w pracy, a drugą wciąż tkwi w pampersach, smoczkach i nocnych pobudkach na butlę mleka...lub na samo przytulenie...lub z bliżej nieokreślonego powodu. Jednym okiem pilnuje, by napisany przeze nią tekst był spójny, a drugim odsypia nocne spacery do pokoju córek.
Tu psioczy na dzieci, na męża, na bałagan w domu i chroniczny nadmiar kilogramów. Tu obowiązuje dystans i stałe przymrużanie oka. Tu wszyscy mają się dobrze bawić. I Wy i ona.

Dobrze, że nie zostałam weterynarzem...

W naszym domu zawsze było jakieś zwierzę. Pies, rybki, świnki morskie, chomiki, zeberki, od wczesnych lat dziecięcych towarzyszyły nam w dorastaniu, ucząc nas odpowiedzialności. Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego zetknięcia ze śmiercią pupila. Miałam wtedy kilka lat, przyjechała właśnie do nas rodzina w odwiedziny, a piękna, biała zeberka o pomarańczowym dzióbku, tak najzwyczajniej w świecie sobie zdechła. Być może tęsknota za partnerem, który kilka dni wcześniej nawiał przez niedomknięte drzwiczki i otwarte okno, była zbyt duża, a być może osiągnęła po prostu wiek żegnania się z ziemskim pado...z metalową klatką. W każdym razie, cokolwiek było przyczyną jej zgonu, przysporzyło mi wiele smutku. Smutku tak ogromnego, że nie dopuszczałam do swojej dziecięcej głowy faktu zejścia ptaka z tego świata i wyjęłam truchło ze śmietnika, bawiąc się nim przez resztę dnia.

I to nie skromna ilość zabawek w tak trudnych kiedyś czasach, popchnęła mnie do tego posunięcia. Była to miłość. Jakkolwiek dziwacznie okazana. Zrobiłam tunel ze slajdów, którym zeberka spacerowała napędzana moją żywą, ludzką ręką, głaskałam ją, całowałam, uczyłam na nowo latać... Wyobraźcie sobie kilkuletnią dziewczynkę, odzianą w kwiecistą sukienkę, z rozwianym włosiem biegającą boso po łące, która głośno się śmiejąc kręci się wokół własnej osi, a w dłoniach trzyma zdechłego ptaka. No. Tym oto sposobem, jakkolwiek to zabrzmi, spędziłyśmy wspaniały, radosny dzień. Dopiero późnym wieczorem, gdy ułożyłam się do snu, uważając przy tym by nie skrzywdzić leżącej obok na poduszce martwej ptaszyny (jak można skrzywdzić zdechłego ptaka - wiedział tylko mój dziecięcy wówczas umysł), rodzice po cichu zabrali ją z mojego łóżka. O tym, że poleciała do ptasiego nieba dowiedziałam się rano z listu, który zeberka zostawiła mi na poduszce. Miło z jej strony, nieprawdaż?

Kiedy oddaliśmy naszemu psu wolność, częściową oczywiście i przeprowadziliśmy go z mieszkania na wolny wybieg do firmy, w domu zapanowała pustka. Weekendowe przyjazdy Sary nie były wystarczające i dla mnie, i dla jedynej wówczas córki - Dużej J, postanowiłam więc kupić zwierzę mniejsze od owczarka niemieckiego, jednak bardziej kontaktowe niż rybki chociażby. Padło na chomika. Od tej pory malutki, biały chomik dżungarski, nazwany przez Dużą J Tuptusiem, zamieszkał w naszym domu, siejąc w naszych sercach radość, miłość i ochość (Och jaki on piękny! Och, jaki on słodki! Och!). Niestety... Pół roku wspinania się na szczyt klatki i spadania z niego, zaowocowało nagłą śmiercią gryzonia. Pech chciał, że stało się to w sobotę po południu, kiedy to wszystkie sklepy zoologiczne w naszym mieście były już zamknięte, więc szybki zakup nowego chomika i niezauważona przez córkę podmiana, były niemożliwe. Usunęliśmy martwe ciało z klatki, a gdy po godzinie nawoływań Dużej J do jej pustego wnętrza, wersja z mocnym snem Tuptusia przestała być wiarygodna, trzeba było uczynić rzecz słuszną.

- Posłuchaj córeczko - rzekłam do Dużej J, starając się zachować twarz pokerzysty - Niestety Tuptuś...ekhm...
- Co z nim się stało mamo? Zdechł?

Przed oczami pojawił mi się żałosny obraz małej mnie, bawiącej się martwym ptakiem, spacerującym w slajdowym tunelu. Czy taki los chcę fundować mojej córce? a biorąc pod uwagę jej miłość do Tuptusia, było to bardzo prawdopodobne...

-...Tuptuś kochanie - kontynuuję - wyszedł. Jest zima, a jak wiesz, ten gatunek chomików zimą udaje się do norki w lesie, by przespać kilka dni, po czym znów wraca do swoich domków. Ponieważ, jak i to wiesz, chomiki w naturze nie żyją w klatkach i czasem budzi się w nich...taki ten...yyy...instynkt pierwotny i na jakiś czas znikają.


Choć mocno naciągana, wersja z chomikiem na gigancie została jednak zaakceptowana przez Dużą J, do poniedziałku mieliśmy czas na znalezienie sobowtóra Tuptusia.

Przeglądając strony internetowe poświęcone informacjom na temat długości życia tychże gryzoni, trafiłam na bardzo ciekawe forum ich miłośników "Chomik dżungarski to nie gryzoń. To styl życia" lub coś w tym stylu, z którego dowiedziałam się, że...

- Chodź tu szybko! - zawołałam mojego M - Zobacz co znalazłam. Piszą na tym forum, że czasem zimą chomiki mogą zapaść w hibernację. Widzisz? A jaką właśnie mamy porę roku?
- Zimę - odparł nie podzielając mojego entuzjazmu - Ale w domu jest ciepło, więc jak niby...
- Jak, jak, jak... Normalnie. Może rzeczywiście obudził się w nim jakiś zew natury czy coś tam i zapadł w sen zimowy.

Żeby poprzeć wyczytaną ewentualność faktami z życia wziętymi, opowiedziałam M historię o tym, jak kilkanaście lat temu moja mama reanimowała trzy, pozostawione na tydzień zimą w domu, białe myszki, które po otuleniu kocem i masażu - ożyły.
- Piszą też - mówię dalej - że trzeba położyć chomika w ciepłym miejscu. Przynieś go więc.

Bez nawet odrobiny przekonania, M skierował się w stronę kuchni, otworzył szafkę pod zlewem, zanurkował ręką w śmietniku i wydobył z niego truchło Tuptusia. Ciepłego miejsca nie musieliśmy długo szukać. Wszak co lepiej ogrzeje ciało poddane hibernacji, od przyjemnie dmuchającego ciepłym powietrzem kaloryfera? Ułożyliśmy więc chomika wygodnie na grzejniku i czekaliśmy na jakąś reakcję. Gdy po dziesięciu minutach efekt był żaden, a Tuptuś nadal spoczywał nieruchomo, zgodnie uznaliśmy, że trzeba jeszcze poczekać. W końcu takie odhibernowanie musi swoje trwać.

Dwa dni później.

Staliśmy spoglądając w skupieniu na leżącego wciąż na kaloryferze gryzonia.
- Karmiłeś go czymś? - pytam zaniepokojona dziwną nabrzmiałością chomika.
- Niczego mu nie dawałem. Wolałem poczekać, aż się obudzi.
- No to spuchł... No nic. Przynajmniej wiemy, że ta hibernacja to mit. A teraz lepiej zdejmij go z grzejnika zanim eksploduje.

Tym oto sposobem po powrocie Dużej J z przedszkola, w klatce czekał na nią przybyły właśnie z leśnej wyprawy Tuptuś, z nowym, zimowym futerkiem (wszyscy przecież wiemy, że na zimę chomiki zmieniają ubarwienie) i nieco drobniejszy (bo to też wszyscy wiemy, że po kilkudniowym gigancie chomik po prostu schudł). I za Chiny nie dał się wziąć na ręce, tylko gryzł i skrzeczał (ale i to wiemy, że obudził się w nim instynkt, zew natury i po prostu zdziczał przez te kilka dni w lesie). I tak oto Tuptuś żyje u nas już od trzech czy czterech lat, zmieniając co jakiś czas umaszczenie i osobowość, i nie zdziwię się wcale, jeżeli przeżyje nas wszystkich. W końcu wizja opowiadania co jakiś czas bajki o wyprawie do lasu jest według mnie mniej krzywdząca, od ewentualnej rozpaczy i późniejszej zabawy padłym chomikiem przez moje dzieci. A wiem co mówię, w końcu to po mnie obie córki odziedziczyły osobliwą miłość do zwierząt...
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...