O autorze
Kochająca matka i wyrozumiała żona... Do głowy by jej nie przyszło, że posiadanie dwóch córek doprowadzi ją do stanu, w którym tylko ekshibicjonizm pozwoli jej utrzymać równowagę psychiczną...
Jedną nogą wkracza w 30-ty rok życia, a drugą z bólem stąpa po rozsypanych po całym domu klockach. Jedną ręką jest z powrotem w pracy, a drugą wciąż tkwi w pampersach, smoczkach i nocnych pobudkach na butlę mleka...lub na samo przytulenie...lub z bliżej nieokreślonego powodu. Jednym okiem pilnuje, by napisany przeze nią tekst był spójny, a drugim odsypia nocne spacery do pokoju córek.
Tu psioczy na dzieci, na męża, na bałagan w domu i chroniczny nadmiar kilogramów. Tu obowiązuje dystans i stałe przymrużanie oka. Tu wszyscy mają się dobrze bawić. I Wy i ona.

DAMSKI I MĘSKI PUNKT WIDZENIA CZYLI MAŁŻEŃSKI EKSPERYMENT

www.co-ja-plote.blogspot.com
Mówi się, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ja poszłabym dalej i powiedziałabym, że punkt widzenia zależy od tego co masz między nogami... Jesteśmy z M razem od 11 lat. Jakby nie patrzeć - to 1/3 mojego nader ciekawego (tiaaa...) życia, nie dziw więc, że znamy się jak łyse konie. ALE! Zanim dotarliśmy do obecnego etapu, w którym to jedno z nas siedzi na sedesie, a drugie stojąc obok myje zęby, przeszliśmy długą i wyboistą drogę. Od moich wcześniejszych porannych pobudek na lekki makijaż i uczesanie włosów, które pozornie miały wyglądać na roztrzepane podczas snu, przez spanie w wałkach na głowie, zabezpieczonych purpurową siateczką trzymającą je w ryzach ( M wciąż ma ciarki na samo ich wspomnienie), aż do chwili obecnej. Normalne. A jak ta droga się zaczęła?

Oczywiście daruję Wam wzruszający opis, jak to serca nam stanęły na swój widok, jak w tle zabrzmiał głos Leonarda Cohena, a białe gołębie wyleciały w powietrze, zwłaszcza, że nic takiego nie miało miejsca. Poznaliśmy się, spróbowaliśmy, jesteśmy i (jak wszystko na to wskazuje) będziemy. Nie zawsze jednak rozumieliśmy się bez słów. Dziś wystarczy, że M wróci z męskiego wieczoru, który oczywiście z niezależnych od niego przyczyn - wydłużył się, stanie w progu i spojrzy na czekającą na korytarzu mnie, od razu wie co chcę mu powiedzieć. Ba! Nawet nie muszę wyciągać zza pleców wałka do ciasta.Telepatia!

Dlatego jak na stare, dobre małżeństwo przystało, w którym to jeden z małżonków zajmuje się praniem brudów rodzinnych na swoim blogu, postanowiliśmy zrobić eksperyment i napisać wspólny tekst. Skonfrontujemy w nim nasze perspektywy patrzenia na te same, wybrane przez nas sytuacje z czasów sprzed zakucia w kajdany małżeńskie. So let's get ready to rumble!

Sytuacja 1: "Mój bohater"

Ja:

Miałam kiedyś psa, tak wspaniałego, że poświęciłam mu nawet cały, calutki tekst. Pies zmarł śmiercią tragiczną. Brutalnie pożarty przez raka, zmuszony był poddać się uśpieniu. Przeżyłam to koszmarnie, całkowicie pozwalając rozpaczy na zawładnięcie moim okrągłym wówczas ciałem i omamionym hormonami umysłem. Szczęściem w tej niezwykle smutnej sytuacji było to, że miałam obok siebie chłopaka. Młodszego o dwa lata, co niektórych z moich znajomych dziwiło, a czego nie potrafi do tej pory pojąć moja córka: "Jak to, że mama jest starsza od taty?! Przecież to przeczy...przeczy wszelkim zasadom.". Nie miało to jednak dla mnie absolutnie żadnego znaczenia. I nie ma do tej pory. Wciąż uważam, że wyglądam młodziej, niż on. Ale wracając do tematu. M nie tylko chodził z moim psem (właściwie to była suką...i z płci i z charakteru) po operacji na spacery, podczas których z satelitą na głowie próbowała nieskutecznie wywąchać jakieś stosowne miejsce do wysikania się. Zrobił coś jeszcze. Był z nią do końca i pomógł przejść jej na drugi koniec tęczy. Nie zapomnę, jak pożegnawszy się z otumanionym lekami psem, przekazałam go na ręce M i odprowadziłam wzrokiem do przychodni weterynaryjnej, w której miał być uśpiony. Sokolego wzroku nie mam, po prostu przychodnia znajdowała się za moim domem. Siedziałam w oknie i oddawałam się rozpaczy, gdy po kilku minutach z jej środka wyłonił się M, a na jego rękach spoczywała ona - Balbina. Moja martwa już suczka. Podczas gdy on czekał na ojca, z którym mieli pojechać godnie pochować psa, ja wciąż stercząc w oknie podziwiałam, jak mój chłopak, mój partner, mój ukochany, a po tej sytuacji - mój przyjaciel, trzyma w swoich ramionach puchatą miłość mojego życia, tuląc ją niemal jak niemowlę. I mogę przysiąc, że gdy podeszła do niego jakaś kobieta, podejrzewając tę kudłatą istotę o jakąś chorobę, bynajmniej jednak nie o śmierć, M spojrzał na nią, drżącym głosem wypowiedział : "Ona...ona...jej nie ma już z nami", a na jego szorstkim policzku spłynęła jedna, malutka, słona łza, ukazując jego ból po stracie tego rozkosznego psiaka. Tak to przynajmniej widzę oczyma wyobraźni. Tak. W tamtym momencie M stał się moim bohaterem...


M:

Balbina .... Umiała zajść za skórę nie tylko wszystkim domownikom, ale i przechodniom, sąsiadom, przejezdnym... W zasadzie każdemu, kto spotkał ją na swojej drodze. Pies wielkości dwóch puchatych kapci, który w dodatku szczekał na wszystkich i rozrywał na strzępy skarpety gości. Skarpety na nogach - dodam. Jak każdy młody chłopak mający zgraję kumpli, którzy przesiadywali na przystanku całymi dniami, pragnąłem mieć pitbulla, amstafa lub innego tego typu psa, który szczęką byłby w stanie zgnieść autobus, a szczeknięciem zwiewałby berety z głów spacerujących babć. A tak wychodziłem...ZMUSZONY byłem wychodzić na spacery z kundlem wielkości piłki do nogi, który z satelitą na szyi jazgotał przy każdym jej zetknięciu z ziemią. A że od ziemi ledwo odstawał, jazgotał cały czas. Sami rozumiecie że renoma została poważnie nadszarpnięta... Jednak to, w jaki sposób Balbina podziękowała mi za trud, wstyd i czas włożony w spacery - przebiło jej wszystkie występki razem wzięte. Jak Żonka już wspomniała - poszedłem z Balbiną na uśpienie. Poprosiłem ojca, żeby po mnie podjechał z łopatą, aby uporać się kompleksowo z sytuacją i zapomnieć raz na zawsze o tym wybryku natury, który ewidentnie cierpiał na rozdwojenie jaźni . Wychodząc od weterynarza widziałem, że moja przyszła Żonka patrzy przez okno i beczy. Tak! Było ją nie tylko widać, ale i słychać. Spojrzałem więc na nią z najlepiej zagranym przeze mnie w życiu żalem w oczach i trzymałem truchło na rękach. Muszę wspomnieć, że tego dnia miałem akurat na sobie mają ulubioną kurtkę. Kiedy spostrzegłem, że z psa ulatuje nie tylko życie, ale i zawartość pęcherza, chciałem od razu (rzucić!) odłożyć Balbinę na chodnik. Jednak spojrzałem na górę, zobaczyłem te zapłakane oczy, które cały czas wpatrywały się we mnie, spojrzałem znów na psa, który nadal sikał, ponownie na przyszłą Żonkę, jeszcze raz na psa... No ku...a! Jak wielki ona miała ten pęcherz?! A jakby tego było mało, podeszła do mnie jakaś babka i zaczęła rozczulać się nad psem:
- Ale piesek śpi, jaki słodki! Miał operację? - zaczęła głaskać Balbinę po rozdziawionym pysku.
- NIE PROSZĘ PANI. PIES ZDECHŁ.
Nie muszę chyba mówić, jak szybko się oddaliła. Ojciec oczywiście pomylił przychodnie weterynaryjne, więc zanim przyjechał minęło pół godziny, a ja do tego czasu miałem już całe osikane rękawy... Balbina nawet po śmierci wierna była swoim postanowieniom.

Sytuacja 2: "Mój osobisty Michael Schumacher"

Ja:

Były to początki naszego związku, więc jedno próbowało zaimponować drugiemu. Częste prezenty, spacery, czułe słówka... Pewnego letniego dnia M postanowił zrobić mi niespodziankę i zabrać mnie na romantyczną przejażdżkę po okolicach. Pikanterii dodawał fakt, że M nie posiadał jeszcze ani samochodu, ani...prawa jazdy. Nie wiem jak udało mu się przekonać swojego ojca, aby dał mu kluczyki do ukochanej, białej astry, na karoserii której rdza tworzyła lepsze obrazy niż sam Matejko. W każdym razie miał kluczyki, miał samochód, miał chęci i miał moją zgodę. Umościliśmy się wygodnie w miękkich, wysłużonych siedzeniach (wszak na co dzień, poza funkcją rikszy dla zakochanych, samochód robił za taksówkę), zakręciliśmy korbami by wpuścić trochę letniego powietrza, pachnącego topiącym się asfaltem i ruszyliśmy...No dobra. M po kilku zgrzytach skrzyni biegów wrzucił jedynkę i powoli puszczając sprzęgło, za to dość mocno dodając gazu, zmusił samochód do jazdy, a ten poddał mu się gładko, na co wskazywało energiczne szarpnięcie i smród palonego sprzęgła. Krótka, aczkolwiek bogata w wyrzuty adrenaliny przejażdżka, tylko wzmocniła nasz związek. Wszak wszyscy znamy mądre powiedzenie "Co nas nie zabije, to nas wzmocni!". Także ten...żyjemy. Cudem. Po kilkudziesięciu szarpnięciach, pomyłkach w zmianie biegów, głośnych wyciach silnika i moich uśmiechach maskujących strach, stanęliśmy pod domem.
- I jak ci się podobało? - zapytał M z szerokim uśmiechem i dziwnie wielkimi oczami.
Odgięłam palce, które zacisnęłam w panice na klamce, spojrzałam na niego najpiękniej jak w tamtym momencie umiałam i powiedziałam:
- Ale słabo prowadzisz!

Nom...Chyba nie takiej odpowiedzi oczekiwał...

M:

No nie do końca to tak było. Astra w tamtych czasach jeszcze nie była pordzewiała, a przynajmniej nie aż tak, żeby Matejko miał na jej widok ronić łzy wzruszenia. Jak Żonka wspomniała - jestem młodszy, więc musiałem coś wymyślić, zaimponować jakoś starszej kobiecie (właśnie sobie nagrabiłem) coś pokazać... Buchnąłem Pożyczyłem więc kluczyki do samochodu mojego taty i zabrałem swoją dziewczynę w podróż życia... do końca ulicy i z powrotem. Po wejściu do samochodu nie potrafiłem ukryć stresu związanego z prowadzeniem auta pierwszy raz, bez asysty mojego ojca. Trzęsły mi się ręce, dłonie spociły się tak bardzo, że kierownica uciekała mi spod palców, cały czas myślałem o tym gdzie jest to cholerne sprzęgło, które myliłem z hamulcem i czy rodzice już wezwali policję z tytułu braku auta przed domem. Niemniej kalkulacje wychodziły i tak na moją korzyść. Duma rozpierająca moją kobietę, jej wpatrzone we mnie oczy, radość i rzucenie się w moje ramiona ze słowami "Jaki ty jesteś męssssski!" zdecydowanie brały górę nad zmyciem głowy przez rodziców. Jak się później okazało - kalkulacje kalkulacjami, a życie i tak pokazało swoje. Po słowach przyszłej Żonki, jakim to chu... jakim to wyborowym jestem kierowcą, zemściłem się, z nieukrywaną satysfakcją, ucząc ją kilka lat później do egzaminów na prawo jazdy po którymś już nieudanym jej podejściu. Przekupywałem ochroniarza jasnymi pełnymi, żeby wpuścił nas na plac manewrowy na terenie dużej fabryki. Po moich lekcjach bez problemu zdała, a jej mina, którą do tej pory mam w pamięci - bezcenna!


Sytuacja 3: "Chcę oglądać twoje nogi, nogi nogi nogi"

Ja:

Kiedy zaczynaliśmy się spotykać, moja waga...Jakby to ująć... Ważyliśmy chyba po tyle samo. Czyli on był chudy, a ja... Inaczej mówiąc - Rubens marzyłby o namalowaniu mojego portretu! Nie miałam szczegółowych wymagań odnośnie fizyczności mojego chłopaka, gdyż zawsze uważałam, że najseksowniejszy jest mózg. A najlepiej, gdyby ten seksowny mózg zapakowany był w przystojne ciało. Jedna rzecz natomiast miała dla mnie duże znaczenie. Mój facet nie mógł mieć szczuplejszych ud od moich. Oczywiście nie było to łatwe, gdyż, jak już wspominałam, Rubens marzyłby o namalowaniu... itd. Pomimo swojej niskiej wagi, ciało M było dobrze wyrzeźbione na siłowni, co tylko maskowało to, na co zwróciłam uwagę dopiero po kilku miesiącach naszej znajomości, gdy przebierał się w moim towarzystwie.
- Ty...ty...- przez zaciśnięte gardło z trudem przecisnęłam słowa -...ty masz szczuplejsze uda od moich!
M podszedł wówczas do mnie, przykucnął, oparł swoje dłonie na moich kolanach, spojrzał mi prosto w oczy i powiedział:
- No i? Dla mnie i tak jesteś piękna. Lubię, gdy kobieta jest taka... - omiótł mnie wzrokiem-...okrągła.

Na szczęście jestem cierpliwa, a zemsta najlepiej smakuje po wielu latach małżeństwa, podczas których to ja gotowałam, a M jadł. Jego 20 kg na plusie znikąd się nie wzięło...(muahaha!)

M:

Jak powszechnie wiadomo - najpierw masa później rzeźba, Ja jestem na etapie pierwszym... od jakichś 10 lat... A uda może i miałem szczuplejsze, ale na pewno mocniejsze! Dużo nas różniło, jednak jeszcze więcej łączyło. Uda, duże czy małe i tak były tymi najważniejszymi udami na świecie. Jej dla mnie, a moje dla niej (jak mniemam). No może poza chwilami, kiedy wchodziła do sypialni z wałkami na głowie i jakąś różową siecią na ryby na nich. Nie dość, że wyglądała jak kosmita, to jeszcze wszystko czepiało się tych wałków, gdyż to były jakieś rzepo-wałki. Tak...wtedy akurat jej uda schodziły na drugi plan. Raz wstała w nocy do łazienki, a do jej głowy przyczepił się mój bezrękawnik do spania. Przez moment nawet chciałem jej o tym powiedzieć, ale jakoś nie byłem w stanie wydobyć z siebie głosu. Wracając jednak do naszej jednakowej wagi. Szybko nadrobiłem straty na siłowni. Po kilku latach regularnych ćwiczeń pamiętam, jak byliśmy na jakimś balu, gdzie pląsaliśmy na parkiecie całą noc...prawie całą noc. Otóż moje rozbudowane już uda doprowadziły do rozdarcia się spodni od garnituru, w kłopotliwym dla mnie miejscu. Musiałem resztę balu przesiedzieć na krześle, podczas gdy Żonka chichrała się za każdym razem, gdy ja starałem się zamaskować gigantyczne rozdarcie, narzucając sobie marynarkę na dolne zakończenie pleców. Ona twierdzi, że moja masa jest efektem jej kuchni, a ja wiem, że to siłownia! Choć nie byłem na niej od 5 lat..
.



I w tym miejscu chciałam podziękować Wam za uwagę i dobrnięcie do końca tego długiego tekstu. Z nadzieją w sercu, że eksperyment podobał się Wam, udam się na pogawędkę z M, gdyż jak się okazuje, mamy sobie sporo rzeczy do wyjaśnienia!
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...